Oto kolejny wpis z cyklu #alfabetemocji. W każdy wtorek znajdziesz na blogu nowy artykuł i odpowiedzi na pytania: po co nam dana emocja? Co się dzieje, gdy ją tłumimy? Co, gdy jest jej za dużo lub za mało? Jak ją pokochać?

Pamiętasz z dzieciństwa momenty wszechogarniającej radości, która rozpierała cię od środka, wypełniała całe ciało? Uśmiech nie schodził z twarzy, śmiech wydobywał się prosto z serca, a nogi aż same podskakiwały… A potem, z biegiem lat stało się to jakby trudniejsze – wiadomo, coraz więcej obowiązków, zmartwień, wszystko się komplikuje, a z tyłu głowy brzęczą wyrażenia „śmieje się jak głupi do sera” albo „nie chwal dnia przed zachodem słońca”. Dlaczego czasem trudno się nam radować, cieszyć, skoro wszyscy tego pragniemy? I po co nam w ogóle radość? O tym w drugim wpisie mojego cyklu #alfabetemocji (pierwszy wpis, o smutku, znajdziesz tutaj).

Wiem, że brzmię czasem jak zdarta płyta, ale trudno, najwyżej znów się powtórzę, wspominając, że każda emocja jest nam potrzebna i coś ważnego komunikuje.

Po co nam więc radość?

Przede wszystkim, radość sprawia, że mamy ochotę powtarzać to, co ją wywołuje – jest więc niezbędna do… procesu uczenia się. Okej, wiem, bardzo możliwe, że radość to ostatnia emocja, która kojarzy ci się ze szkolną ławką, ale odejdźmy od tego pierwszego skojarzenia. Spróbuj sobie przypomnieć coś, czego uczyłaś, uczyłeś się tylko dla siebie, dla przyjemności i satysfakcji. Czy nie odczuwałaś, odczuwałeś wtedy radości z tego procesu, nawet po drodze pojawiały się trudności i frustrujące przestoje? No właśnie – to uczucie radości pcha nas do przodu i sprawia, że gdy coś daje nam autentyczną frajdę, chcemy robić tego coraz więcej, aż – sami nie wiedząc kiedy – stajemy się w tym naprawdę dobrzy. To właśnie radość czytania powieści XIX wieku sprawi, że ktoś stanie się prawdziwą kopalnią wiedzy na temat życia w tamtych czasach i biografii największych powieściopisarzy; ktoś inny dojdzie do perfekcji w pieczeniu i dekorowaniu tortów, programowaniu stron internetowych, pomaganiu innym jako lekarz czy robieniu pięknych zdjęć. Jeżeli mi nie wierzysz, przypomnij sobie małe dzieci lub zwierzaki. Na przykład kocięta poprzez zabawę uczą się zwinności, refleksu, szybkości i strategii podejścia do przeciwnika, które są im niezbędne do polowania.Po drugie, co może wydawać się banalne, ale niemniej nadal pozostaje bardzo ważne: radość daje nam poczucie sensu. Psycholog Bartłomiej Dobroczyński, w rozmowie z Agnieszką Jucewicz w jej świetnej książce o emocjach „Czując” stwierdza:

„radość jest bardzo wyraźnie odczuwanym, kulturowo opracowanym i symbolicznym doznaniem tego, że życie ma sens, że jest się kimśwartościowym. Jest niemal metafizyczną zgodą na istnienie. Radość mówi: dajesz sobie radę, jest w porządku.”

Co się dzieje, gdy w naszym życiu jest za mało radości?

Przede wszystkim, mamy oczywiście wrażenie, że jesteśmy mniej szczęśliwi (mimo, że szczęście to raczej stan, a nie emocja).  Mamy też dużo mniejszą motywację do działania, łatwiej się zniechęcić i wpaść w spiralę ciągłego „nie chce mi się”… Nie tylko trudniej nam pracować czy się uczyć, ale także odpoczywać, doceniać to, co mamy, cieszyć się z małych rzeczy. Łatwiej za to skupiać się na zniechęceniu, smutku, złości, zazdrości…

W skrajnym przypadku, brak radości i niezdolność do odczuwania przyjemności może być jednym z objawów depresji – wtedy trzeba się koniecznie skonsultować się z psychologiem, terapeutą lub psychiatrą. (Jeżeli nie jesteś pewna, czy potrzebujesz konsultacji, polecam zrobić bezpłatny, ogólnoświatowym test – Skalę Depresji Becka. Znajdziesz ją np. tutaj: https://www.forumprzeciwdepresji.pl/test-becka/.)

Czy można czuć za dużo radości?

Wydawać by się mogło, że nie, prawda? I rzeczywiście, taką zdrową, autentyczną radość chyba trudno „przedawkować”… Jest jednak temat, który skojarzył mi się z pytaniem, czy zbyt wiele radości może szkodzić. Jest nim tak zwana tyrania pozytywności. Jeżeli nie znasz tego określenia, spieszę z wyjaśnieniem. Tyrania pozytywności polega na życiu pod ciągłą presją pozytywnego myślenia/nastawienia. Skutkuje to tym, że próbujemy przykryć „radością” (cudzysłów oznacza tu, że jest ona bardziej wymuszona niż autentyczna) i pozytywnym nastawieniem do wszystkiego. W związku z tym nie dopuszczamy do siebie trudnych emocji (smutku, strachu, lęku, złości…) a co za tym idzie – pozbawiamy się ważnych informacji na nasz temat. Albo jeżeli już dopuścimy te emocje do siebie, natychmiast pojawia się poczucie winy, że nie myślimy „pozytywnie”.

Tyranii pozytywności sprzyja świat skrótowych haseł motywacyjnych, ale przede wszystkim… reklamy. Dlaczego? Ponieważ jeśli sugeruje się nam (czy nawet wmawia), że powinniśmy być bez przerwy radośni i szczęśliwi, dużo łatwiej jest nam sprzedawać mnóstwo „niezbędnych” do tego szczęścia i radości produktów i usług. Wniosek z tego jest dość banalny w teorii, ale wcale niełatwy do osiągnięcia w praktyce – we wszystkim potrzebny jest umiar, zdrowy złoty środek.

Jak pokochać radość?

Wydawać by się mogło, że radość każdy przeżywa łatwo i chętnie, po co więc się zastanawiać nad tym, jak polubić to uczucie? A jednak potrafi ono przysporzyć czasem kłopotów i wielu moich pacjentów czy klientów mówi o jakiejś blokadzie, która uniemożliwia im radowanie się. Co może być tego przyczyną?

Bardzo polecam Ci wystąpienie Brené Brown pt. „Odwagi” (dostępne na Netfliksie). Gdy je obejrzałam, szczególnie w pamięć zapadło mi to, co znana psycholożka powiedziała o radości:

„Jako badaczka wstydu, lęku i niedostatku, chcę Wam powiedzieć, że radość to najbardziej wrażliwa z ludzkich emocji. Panicznie boimy się radości. Boimy się, że coś przyjdzie i nam ją wydrze, a my oberwiemy bólem, traumą i startą. Więc gdy dzieją się wspaniałe rzeczy, robimy dosłownie próbę generalną tragedii. (…) Gdy tracimy zdolność do wrażliwości, radość staje się zabarwiona złymi przeczuciami. Obawiamy się ją poczuć. (…) Uczestnicy badań, którzy naprawdę potrafili czuć radość, oddać się jej, mieli jedną cechę wspólną: wdzięczność.”

I to jest w pewnym sensie klucz do wielu kłopotów w podejściu do emocji – lęk przed wrażliwością, która wiąże się z odsłonięciem się przed innymi. Ponieważ wrażliwość kojarzy się często ze strachem, wstydem, żalem i niepewnością, często robimy wszystko, żeby się od tych emocji i wrażliwości odciąć. Niestety, wtedy odgradzamy się również od radości i tych stanów, których wszyscy tak bardzo pragniemy – np. miłości i poczucia przynależności.

Jak więc pokochać radość?

1. Zaryzykuj i pozwól sobie na wrażliwość, poczucie odsłonięcia – wtedy w pełni doświadczysz radości. Pamiętaj, żeby takie ryzyko podejmować w relacjach, w których czujesz się bezpiecznie (nie jest więc najlepszym pomysłem pozwolić sobie na ten eksperyment wobec kogoś, kto źle Ci życzy, krytykuje, wyśmiewa itp.).

2. Praktykuj wdzięczność na co dzień. Gdy w momencie przeżywania radości zaczną Ci się w myślach pojawiać czarne scenariusze, zamiast myśleć o tym, co możesz stracić skup się na tym, co masz i za co to doceniasz.

3. Pozwól sobie raz na jakiś czas na zrobienie czegoś niepoważnego i zabawnego, czyli na spędzenie trochę czasu bez nastawiania się na konkretny cel, tylko dla przyjemności. W dzieciństwie to była po prostu zabawa, w której zanurzało się całym, sobą i zapominało o świecie dookoła. Zastanów się, co aktualnie sprawia Ci frajdę i oddaj się temu z całą beztroską, na jaką cię stać.

 

Spróbujesz?